Kategorie
A co u nas?

080 święta i nowy rok. Jaki on będzie?

Jak pisałam poprzednio, mieliśmy podwójną okazję do świętowania. Bo na pasterce, Mikołaj przyjął pierwszy raz komunię świętą.
Okazało sięże narazie bierzmowania nie będzie, bo jakieś były problemy z dostarczeniem dokumentów.
Ale i tak było pięknie. Mikołaj dostał ikonę jako prezent komunijny, a oboje dostaliśmy bardzo ładne nowe ubrania, właśnie były kupione na tę uroczystość.
Zrobił nam też niespodziankę jeden ze świadków chrztu męża i też przyjechał na mszę razem ze swoim znajomym z Syrii. A więc sobie pogadali razem z mężem.
Pasterka zaczęła się u nas wcześniej, bo około 10:00. Siostry zaplanowały taką wczesną porę, bo prowadzą dom pomocy społecznej i jest tam dużo osób chorych leżących. I dla nich by było ciężko tyle czekać. Pasterka nie była długa, więc siostry przygotowały jeszcze kawę, ciastka. I wtedy Mikołaj dostał od sióstr jako prezent komunijny ikonę
Czas zszedł na rozmowach, śpiewaniu i ogólnej radości. Ani się spostrzegliśmy jak na zegarze była już pierwsza w nocy. W końcu poszliśmy do naszego pokoju, bo dostaliśmy zaproszenie nie tylko na wigilię, ale i na całe święta. Ale o spaniu nie było mowy. Dzieliliśmy się wrażeniami. Mikołaj to bardzo przeżył. A teraz, jeśli nic poważnego nie stoi na przeszkodzie, to codziennie chodzi na mszę o 7:00 rano.
Nowy rok spędziliśmy już w domu, już bez żadnych niesspodziewanych wypadków.
Piszę o tych niespodziewanych wypadkach, bo 23 grudnia sąsiedzi zrobili karczemną awanturę i cały dom ich słyszał. Były jakieś bijatyki, słyszałam upadające talerze czy szklanki, niecenzuralne słowa, walenie w drzwi. Aż skończyło
A teraz po nowym roku będzie Boże Narodzenie w kośsię tym, że przyjechała policja i faceta zabrali. Ale noc mieliśmy nieprzespaną.
I tak kończąc ten bożonarodzeniowy i noworoczny wpisżyczę wam by ten nowy rok był dla Was jak najlepszy, by było w nim jak najmniej, kłopotów i problemów.. I niech ta Boża Dziecina błogosławi was wszystkich. To są życzenia nie tylko dla tych którzy czytają ten mój blog, ale dla wszystkich eltenowiczów. Pozdrawiam was wszystkich gorąco i serdecznie.

Kategorie
A co u nas? wspomnienia

079 Zdarzenie z mojego życia którego chyba nigdy nie zapomnę.

Przeglądając blogi natrafiłam na wpis Zuzler na temat wszystkich świętych, choć nie tylko. I właśnie ten wpis przypomniał? nie, odkrył na nowo, bo jego nigdy nie zapomnę jedno wydarzenie a raczej doświadczenie z mojego życia.
Gdy jeszcze chodziłam do szkoły w czasie wakacji wyjechałam na oazę. To był obóz połączony z codzienną modlitwą. A organizowała to chyba parafia z Łodzi. Mieszkaliśmy na terenie plebani w Będkowie to jest w wojewudztwie łudzkim. Proboszczem był tam wtedy ks. Bator. Takie było jego nazwisko. A jak się nazywa dowiedziałam się później. . I któregoś dnia, to było w czasie rekreacji to jest wieczoru na którym były małe przedstawienia, które przygotowywaliśmy, ten ksiądz zaczął ze mną rozmawiać. Powiedział mi wtedy że bardzo chciałby zobaczyć się ze mną na drugi rok, gdy znów będzie organizowana oaza. I dodał wtedy, że nie wie czy potem jeszcze uda się nam spotkać.
I to było tyyle. Ja również chciałam się z nim zobaczyć, porozmawiać. Bo był człowiekiem (tak ja to wtedy odebrałam) bardzo otwarty na innych, i potrafiący rozmawiać z ludźmi.
Minął rok. Oaza również była organizowana w tym samym miejscu. Tylko ja nie mogłam jechać, bo mama miała jakieś inne plany. Zaczęłam więc prosić, bym mogła pojechać, że bardzo chciałabym się spotkać z jednym księdzem, proboszczem tej parafi. A mama mówi że zobaczysz się z nim w następnym roku. I nie wiedzieć czemu ja powiedziałam wtedyP A jeśli go nie zobaczę? Na co mama stwierdziła krótko "Głupi a jesteś jak go nie zobaczysz, przecież nie jedzie za granicę. I rozmowa była skończona. Nie pocieszyło mnie to. Ale już nic nie mogłam zrobić. W pokoju rozzpłakałam się. na szczęście nikt tgo nie widział.
Parę miesięcy później przyjeżdża inny ksiądz, którego znałam. I pyta. Jak tam plany na wakacje. Chcesz jechać na oazę? i ja odpowiadam że tak. że bardzo się chcę zobaczyć z księdzem z Będkowa. A ksiądz Andrzej na to: "To nie wiesz, że on zmarł? Podobno cały czas pytał o Ciebie.
Zamurowało mnie. Za jakiś czas pojechaliśmy z ks. Andrzejem do rodziców ks. Batora.
Jak oni się ucieszyli, że przyjechałam. Mówili, że ks. Bator chorował na raka, że pytał o mnie, że oni mnie szukali, bo myśleli, że ja również przyjadę. Potem pojechaliśmy na cmentarz. I po modlitwie odmówionej razem mama księdza Batora mówi "widzisz Iwonka dopiero teraz przyjechała?że ona bardzo chciała cię zobaczyć. Tej modlitwy i tej rozmowy nigdy nie zapomnę. Jego mama mówiła tak jak by tu był. I w sercu mielliśmy nadzieję, że on to znaczy ks. Bator słyszy wszystko, że nas rozumie, i tą modlitwę, za niego, za jego duszę i tą naszą rozmowę połączoną z tą modlitwą
Ale, co najważniejsze, że on tam, w niebie, modli się do Boga za nas.
I wtedy chyba po raz pierwszy uświadomiłam sobie, co oznaczają słowa "świętych obcowanie", które przecież nie raz mówimy w czasie mszy świętej.

Kategorie
A co u nas?

078 Szykuje się nam podwójna uroczystość

Piszę ten wpis, bo chcę się podzielić z wami radosną nowiną.Mikołaj wkrótce przystąpi do pierwszej komunii i do sakramentu bierzmowania.
Cała uroczystość będzie u sióstr, u których krótki czas mieszkaliśmy, zanim wynajęliśmy mieszkanie. Mikołaj został wpisany do księgi parafialnej w naszej parafii. Siostry rozmawiały z biskupem, który zgodził się na to by przyjęcie komuni i udzielenie sakramentu bierzmowania odbyło się nie w naszej parafii, ale u sióstr w kaplicy.
Jest to więc podwójna uroczystość. Ale przedtem pierwsza spowiedź. Mąż bardzo to przeżywa. Czekamy tylko, by siostry podały dokładny termin.
Oprócz tego Mikołaj dostał nowe ubranie na tą uroczystość.
szczerze mówiąc i dla mnie jest to wielkie przeżycie, świadome i takie, które napewno głęboko zapada w serce.
Pozostaje tylko modlitwa i wdzięczność Bogu Za to, że nam pomagał i nadal pomaga.
Bo – jak mówi się na Ukrainie – bez Boha ni do poroha.

Kategorie
A co u nas?

077 Przemyślenia

Nigdy nie przypuszczałam, że ktoś może być tak obłudny, że może tak oszukiwać… Do tej pory jestem w szoku.
Kto pamiętajak pisałam o tej delegacji egipskiej a szczególnie o jej szefie. Pisałam o tym, jak chciał za nas płacić i jak niby to był zadowolony… Bo tak wtedy to odebraliśmy. Ale zaczęło się od drobnego incydentu już wtedy w niedzielę. Gdy próbowałam go uczyć nazwy ulicy. I on ją powtarzał. Ale nieznacznie się śmiał. mąż sobie przypomniał później totą jego minę potem na spotkaniu z firmą mówił, że był zadowolony, że podpisali dobry kontrakt. Nie było tylko szefa mojego męża, bo jego żona rodziła i musiał być przy niej.
Facet myślał że szef męża będzie i na tym spotkaniu. Ale gdy zauważył, że go nie ma zaczął po arabsku obrażać muwić bardzo brzydkie słowa. Natomiast po angielsku wszystko ok, wszystko w porządku wszystko ok.

Jeden z pracowników zauważył, że coś jest nie tak. Mąż powiedział że po arabsku mówi co innego a po angielsku co innego.
W pociągu mąż dał mu miejsce, bo jechali drugą klasą i wtedy wyszło na jaw, że on szukał jakiejś kobiety, która by za niego wyszła, żeby on mógł być w Polsce i chodziło mu o to, by zwolnili mojego męża a on by poszedł na jego miejsce.
Nie chciał nam oddać naszego numeru telefonu, który mu mąż pożyczył tylko na czas pobytu w Polsce. Dopiero jak go zablokowałam to zostawił w rcepcji do odbioru.
A po powrocie zaczął pisać że mąż jest oszustem i w ogóle zaczął wysyłać mężowi obraźliwe maile. Mąż go zablokował. Tylko napisał, że jeśli ma sprawę to niech pisze oficjalny e-mail.
Oficjalny mail napisał ale specjalnie przekręcając imię.
Dzisiaj mąż rozmawiał z szefem i się okazało, że on i szefa obrażał, pisząc że jego żona poszła na dyskotekę a on nie przyszedł, że dziecko to nie powód, by non nie przychodził do pracy.
A okazało się że jego córeczka zmarła… Nie wiemy czy urodziła się martwa.
Efekt jest taki, że szef powiedział, że wierzy we wszystko co mój mąż mówił…
że on nigdy by nie przypuszczał że można się tak zachowywać…
Ale przyjeżdża delegacja z następnej firmy.
W przeciwieństwie do tamtego nie wychwalali się co to oni nie mogą jaką to mają pozycję. Szef tej firmy, powiedział tylko, że im zależy na współpracy i że jak wrócą z Ukrainy, bo tam też mają partnerów to się skontaktują z nami.
A więc zobaczymy…
Szef dodał że jeśli chodzi o doktora Mahdiego to nie przypuszcza, żeby on coś sprzedał. Stwierdził, że ten Mahdi nie ma żadnego doświadczenia w sprzedaży generatorów bo szef dał mu cenę producenta.
W każdym razie chyba nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

076 Nowość… Opowiadanie… ale nie moje. A że według mnie fajne… zamieszczam je tutaj.

Michał Łukaszewicz

Archeologia

Aubusobat leciał po wybojach chmur krzywą linią. Grzmiało.
Błyskawice oświetlały smagane ulewą miasto. Jakie? Nietrudno
zgadnąć. Pośrodku wznosił się zakończony złotą iglicą pałac
dawno zmarłego tyrana. Był piękny. Wyniosły niczym wieża, a
jednocześnie rozparty na czterech swych bastionach, jak słoń
na grzbiecie żółwia pływającego w kosmicznym oceanie.
Złocista iglica kłuła niebo niczym żądło skorpiona. Tysiące
architektonicznych detali upodabniały tę wspaniałą budowlę
do imieninowego tortu. Charakterystyczny punkt w
czasoprzestrzeni. Nie można się pomylić.
Stanęliśmy. Zagrzmiało raz jeszcze i od zachodniej aż po
wschodnią część placu rozpostarła swe ramiona tęcza. Znak
lądowania. Nasz znak.
Wysiedliśmy. Pierwszy jak zwykle docent Grabiec.
Niewysoki, łysy, stary, na oko ze trzy miliony lat. Po nim
panie Celesan i Calina, magister Marcioch i my, studenci.
– Proszę państwa – rzekł docent Grabiec – jak widzicie,
teren jest już przygotowany, nie warto więc zwlekać. Proszę,
do łopat!
Szybko odwaliliśmy zbędne chmury. Zroszone deszczem
miasto błyszczało jak dobrze naoliwiony mechanizm.
Pociemniałymi ulicami przesuwały się maleńkie tramwaje, tu i
ówdzie sunęły powoli czarne kropeczki – samochody.
Docent Grabiec zaczął skrupulatnie wytyczać teren.
Pierwszy kołek wbił nieco na północ od placu, drugi po
przeciwnej stronie. Magister Marcioch robił to samo na
kierunku poprzecznym. Panie Celesan i Calina zgrały kąty i
wytyczyliśmy kwadrat mający być polem naszych badań. Jego
powierzchnia wynosiła pięć stóp Merkatora, co, pomnożone
przez odległość od powierzchni ziemi, dało w sumie sześcian
o objętości dziesięciu kaustów żywej czasoprzestrzeni.
– Zaczynamy! – obwieścił docent Grabiec i siadłszy na
składastołku zaczął z perfekcją fachowca kręcić spiralą
antitimerona. Pierwsze dotknięcie wywołało efekt iskrzenia.
W czasosześcianie wokół pałacu imperatora zaiskrzyło
mikrowyładowaniami.
– No, co tam? – spytał docent panie siedzące przy
nożycowych lornetach.
– Jeszcze nic. Tylko dużo pijanych – poinformowały go
zgodnie. – Może włączyć podsłuch?
– Włączyć. A panowie studenci będą łaskawi zdejmować
timeralne warstwice, tylko ostrożnie, drewnianymi łopatkami.
A jak się już coś wyłoni, to delikatnie, na Jowisza,
delikatnie!
Pokręcił spiralą. Pałac imperatora zniknął jak sen. Na
dole czerniały tylko ruiny. Ciężarówki wywoziły gruz
spalonego miasta.
– Chyba coś niedobrego tutaj się zdarzyło – rzekł jeden
ze studentów. – Czarna warstwa!
– Ma pan rację! – rzekł docent. – Ale w takim razie
proszę sobie przypomnieć, co to za wojna i który nosiła
numer?
Student nie umiał odpowiedzieć.
Na szczęście znów zaiskrzyło i docent skupił uwagę na
spirali, a jego asystentki na podsłuchu. Cyferki migotały,
aż zatrzymały się na dacie 1939. Wtedy usłyszeli jakiś głos
z małej knajpki przy ulicy Złotej. "Popatrz, pan! Napisałem
wczoraj, że wojny nie będzie – rzekł jeden z redaktorów
licznych w tym mieście gazet – a linotypista złożył: Wojny
będzie . Zły znak. Zły znak!". Drugi redaktor nic nie
powiedział. Pani Celesan szybko notowała. Ciekawe
znalezisko.
Znów zaiskrzyło.
– Panie docencie, niech pan znajdzie tę wojnę. Takie
ciekawe wydarzenie!
Cyferki w liczniku kręciły się to w jedną, to w drugą
stronę. Pachniało to prochem, to wapnem.
– Panie docencie! Niech pan spojrzy, co znaleźli
studenci! – pisnęła pani Calina. Na białej chusteczce leżał
przewrócony na bok mały czołg.
– Ładne! – rzekł docent. – Wciągnijcie do inwentarza. A
która to już godzina, to jest, rzec chciałem, który mamy
rok?
Studenci pokpiwali z jego roztargnienia. Kilku
pokrzepiało się na boku flaszką zmysłowianki.
– Panie docencie, wolniej – popiskiwały obie panie. Ech,
kobiety, kobiety. Na skali względnej ustalił się wreszcie
rok 1905 – w podsłuchu coś zachrobotało: "Patrzcie, no,
panie dobrodzieju – słychać było głos kamienicznego stróża
jednej z posesji przy ulicy Złotej, Ignacego Ryłki – wczoraj
na ulicy Spokojnej rzucili bombę na powóz Jego
Wysokobłagodorodia Gienierała wszechsapierskowo korpusa
kniazja Gienrika Kaszlinskowo. Żeby tylko z tego czego nie
było!".
Pełniące teraz rolę sekretarek panie notowały pilnie.
"A wy, Ignacy, co o tym myślita?" – usłyszały jeszcze
słowa jego sąsiada stróża, też zresztą, jak i Ryłki,
współpracownika Ochrany. A potem zapadła cisza.
– 1905! – rzekł bez patrzenia na skalę docent. Był
specjalistą w zakresie datozgadywania.
– Panie docencie, wolniej! – prosiły obie panie.
Miasto pod nimi w niczym już nie przypominało miasta, nad
którym zaparkowali Aubusobat. Dawno zniknął orientacyjny
punkt ze złotą iglicą i w ogóle brakowało wysokich gmachów.
W dole kłębiły się drewniane budyneczki ledwo od ziemi
odrosłe.
– Średniowiecze? – zastanawiali się studenci.
– Ależ to urocze! Trzeba sfotografować – przymilały się
obie panie.
– Nie bądźmy dziećmi – ofuknął je docent. – Jak widzę,
nie znają panie elementarnych praw czasobrania. Choć na te
obrazy patrzymy, nie można ich jednak sfotografować. To
elementarz: "Minionych kształtów żaden cud nie wróci!"
– Ale jak to dobrze, że przynajmniej możemy popatrzeć! –
czuliła się pani Celesan.
Pracowali aż do zmierzchu, aż wreszcie nakryli wykop
plastykową płachtą, żeby nie napadało, po czym wsiedli do
Aubusobatu. Sezon badań to trzy, cztery miesiące w roku. Nic
dziwnego, że cieszyli się ze wszystkich uszczkniętych
zmierzchłości drobin. Ich wyłowienie było kwestią przypadku
– przygodnej materializacji na lustrzanie błyszczących
łopatach studentów. Czołg, potem jakieś nieociosane kamienie
i to wszystko. Jeszcze tylko studentowi Gmochowi udało się
złapać pensetą przelatującą w pobliżu kulę armatnią z epoki
potopu drugiego, to jest szwedzkiego. W roku 1599 Aubusobat
zaczął strzelać w gaźniku. Kroniki zanotowały, że nad
miastem przetoczyła się wówczas potężna burza, a pioruny
zapaliły kilka domów. Mijały tygodnie. Praca szła powoli.
Coraz trudniejsza, coraz dogłębniejsza. Spirala iskrzyła,
książęta mazowieccy wadzili się i walczyli o tron, a panie
Celesan i Calina wołały, żeby wolniej. Studenci ocierali pot
z czoła i wrzucali flaszki do Wisły. Pod szklanymi kloszami
układano wydobyte czasopipetą z migających w dole miraży –
miecze i szyszaki, srebrne pieniążki, a nawet koguciki z
kościelnych wież. Jak co w rurkę wpadło. Byle nie młyński
kamień. Aparatura często zawodziła. Konrad Mazowiecki zerkał
w stronę Krzyżaków, iskrzyło, docent stawał się zgryźliwy,
palce ślizgały się po skalometrze. Popiel otruł swoich
dwunastu stryjów. Iskrzyło. Popiela zjadły myszy. Coś
chrobotało w obwodach scalonych skalometru. Ludność
Biskupina opuściła w panice swoje grodzisko. Okazało się, że
część wyemigrowała do Warszawy. Ale tej już dawno nie było.
Wszędzie puszcza. Jak tu nazwać wytyczony wcześniej kwadrat?
Pod Aubusobatem przesuwały się lodowce, a mamuty uciekały
przed hordami pierwotnych łowców. Archeolodzy pracowali bez
wytchnienia. Z powodu zimna w fufajkach. Mijały wieki. W
przestrzeni rozciągającej się tuż pod nimi rosły i rozpadały
się góry, chlupotały i wysychały oceany. Już nie pogięte
blaszki i bursztynowe wisiorki, lecz czasem żywe
pterodaktyle trzepotały błoniastymi skrzydłami pod szklanym
kloszem. Sezon powoli się kończył, a oni nie dotarli do
początku. Gdzie jest początek – przecież każde miejsce na
Ziemi ma swój początek. Skończyła się też cierpliwość
docenta Grabca. Iskrzyło. Wciąż nawalało. Wreszcie nie
wytrzymał. Zaciśnięta pięść gruchnęła w skomplikowaną
aparaturę. Huknęło. Bardzo głośno huknęło. W jednej
sekundzie, w jednym ułamku sekundy wszystkie wydobyte z
niebytu kształty zmaterializowały się i czasoprzestrzenny
sześcian wypełnił się czasoprzestrzenną zawartością.
Iguanodony i pterodaktyle, dinozaury i Popiel, myszy i
ludzie, Szwedzi i latające w powietrzu kule, stróż Ignacy i
czołgi, a nawet zabłąkana tu nie wiadomo skąd strzała Eleaty
– stanęły w miejscu. A ze środka sprasowanej w kostkę
historii sterczał ni w pięć, ni w dziewięć złoty szpic
pałacu. Naukowcy złapali się za głowy. Aubusobat frunął w
górę, unosząc struchlałych intruzów.
Ale tam, na dole, nic się nie zmieniło. Zbyt krótko to
trwało, a w dodatku na placu nie było żadnych świadków,
żadnych przechodniów. Pora zbyt wczesna. Jeden tylko,
samotny, zmierzał w kierunku Marszałkowskiej. Zaiskrzyło.
Uniósł głowę i dostrzegł w podświetlonej wschodzącym
słońcem mgle dziwy, o jakich nikomu się nie śniło.
Niewyraźne – bo już znikające – a posplatane ze sobą niby
grupa Laokoona kształty wieków umarłych. Przechodzień stanął
w miejscu niczym żona Lota. W ustach zrobiło mu się słono.
Moment i już było po wszystkim. Strumień czasu jest
niepokonany. Przedpotopowe morza wyparowały, przedpotopowe
stwory rozwiały się jak mgła i tylko jeden ze spóźnionych
dinozaurów odmaszerował wprost do Muzeum Ziemi, które mieści
się w północnej części Pałacu. Koniec. Pasażerowie porannego
ekspresu z Krakowa, którzy właśnie wychodzili na miasto,
niczego już nie dostrzegli. Chmury tylko piętrzyły się
nisko, jakieś krzywe, widać Aubusobat zmieszał je i zbełtał.

Kategorie
A co u nas?

075 Nietypowy wpis jak na mój blog, bo o eltenie

Kto czyta mój blog to może się zdziwić, że wpis o eltenie i to jeszcze o problemie z nim związanym umieszczam tu na moim blogu.
Ale powód jest prosty. Nie działa mi alt. Dlatego nie mogę na forum utworzyć nowego tematu Nie mogę wysłać nowej wiadomości jeśli jestem w wiadomościach, bo nie mogę pracować z altem. Gdy go naciskam nie ma żadnej reakcji.
Więc jeśli chcę wejść do menu to naciskam shift+f2 i strzałkami w lewo lub w prawo czy w górę w duł odszukuję pozycję w meni,
Próbowałam usunąć eltena i instalowałam od początku, tak że nawet musiałam akceptować warunki umowy i nic nie pomogło. próbowałam reinstalować, bez zmiany. Wciskałam dwókrotnie alt, jak mi poradził nuno69 – i nic.
Więc już nie wiem naprawdę co mam robić. przedtem nigdy nie miałam takiego problemu. I taką sytuację mam dopiero pierwszy raz. I oby nie więcej.
I tak powoli kończąc ten wpis życzę wszystkim słodkich snów i miłego jutrzejszego dnia.
Jutro idę do lekarza, bo złapało mnie jakieś chorubsko. Ale będzie też mam nadzieję miły akcent, bo zostaliśmy zaproszeni na obiad.

074 Zasłyszane opowiadanie

Nie pamiętam gdzie je słyszałam, choć było to niedawno. Chyba ktoś mi je opowiadał, dość że wywarło ono na mnie ogromne wrażenie. Dlatego postanowiłam się nim z wami podzielić tu na moim blogu.
Był jeden człowiek bardzo bogaty. Ludzie go szanowali, gdyż dzięki niemu wielu z nich miało pracę. Od jakiegoś czasu człowiek ten zwrócił uwagę na jednego ze swych pracowników, który mimo to, że pracował, i starał się to robić jak najlepiej był w trudnej sytuacji, bo miał liczną rodzinę. Postanowił więc mu pomóc. Zlecałmu dodatkowe prace, za które mu płacił. I widział, że robotnik ten wykonuje wszystko uczciwie.
Jednego dnia pracodawca zawołał więc tego robotnika i powiedział do niego: "wybudujesz mi dom. Ma być najpiękniejszy w całej okolicy. Nie żałój pieniędzy ni drogich materiałów. Zorganizuj wszystko jak najlepiej i dobierz sobie doświadczonych budowniczych. Ja nie mogę doglądać budowy, bo mam inne ważniejsze sprawy i wyjechał.
I rozpoczęła się budowa. Z początku budował tak jak mu pracodawca zlecił. Ale z czasem zaczął oszczędzać na materiale, a zaoszczędzone pieniądze odkładał dla siebie. Raz zapłacił mniej, to znów wewnątrz domu coś nie było zrobione jak trzeba, to innym znów razem kupił gorszej jakości materiał Innym zaś razem coś spartaczył… Ale dbał tylko oto, by na zewnątrz dom wyglądał pięknie i okazale. I tak wreszcie budowę ukończył.
Aż któregoś dnia wrócił pracodawca. Zobaczył z zewnątrz dom i powiedział: "Widzę, że dom jest ukończony. Chcę ci podarować ten dom, byś mógł w nim mieszkać ze swoją rodziną.
I tak kończy się to opowiadanie. I tak też kończy się mój wpis dzisiejszy.

073 Niedzielne przygody i… „głupi maraton”

A więc delegacja, a konkretnie szef przyjechała. Sobota i niedziela wolna, więc postanowiliśmy się wybrać do zoo, by miło czas spędzić razem i, co tu kryć – wreszcie trochę odpocząć po tej bieganinie i przygotowaniach podczas całego tygodnia.
A tu… jak na złość – maraton. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że zostało sparaliżowane całe miasto. Próbowaliśmy dzwonić wcześnie rano, by zamówić taksówkę i nic z tego nie wyszły. Taksówki są zajęte, no bo maraton. Drogi wszystkie pozamykane, bo maraton. Trasy autobusów zmienione, bo maraton. Wiele czasu mi zajęło, by wreszcie zamówić taksówkę, ale zapłaciliśmy słono jadąc z ulicy Brzozowej do nowego zoo i szukając jakiegoś przejazdu (wszystko było zamknięte i żadnej informacji). Wreszcie dotarliśmy. Facet zażądał za tą przyjemność – bagatela – 132 złotych.
Szczerze mówiąc, wkurzyłam się. Stwierdziłam, że to jest głupi maraton skoro nie ma tam porządnej organizacji. Nie jestem przeciwna maratonowi ale żeby z tego powodu nie można normalnie żyć w mieście, i nie można zamówić taksówki, to już lekka przesada.
No ale cóż robić. Posiedzieliśmy na świeżym powietrzu Przedtem jeszcze musieliśmy pokonać sześćset metrów pod górkę z wózkiem…
I wtedy doktor Mahdi szef tej delegacji, powiedział nam, że on zupełnie inaczej wyobrażał sobie to zoo. Bo w Aleksandrii jest też zoo, ale tam zwierzęta są tresowane, że lew na przykład może podać ci łaapę, albo możesz się przejść razem z małpami, czy zrobić sobie zdjęcie z innymi zwierzętami. I na dowód tego, pokazywał zdjęcieswojego syna, który sobie spacerował z malutką małpką na ramionach,
Potem opowiadał o Kenii, że tam to już jest safari, gdzie jedzie się specjalnym samochodem, z doświadczonym kierowcą.
A nasze zoo to park, gdzie wprawdzie są zwierzęta, ale to raczej park, gdzie można miło spędzić czas.
Dopiero po szesnastej wróciliśmy do domu bo zaczynał się normalny ruch. I tak nam miło zeszła ta niedziela razem z "głupim maratonem, który trzeba było jakoś przeżyć.

Kategorie
A co u nas?

072 Przemiłe spotkanie i oczekiwanie na delegację

Jak wspomniałam w poprzednim wpisie Odwiedzili nas Siciliano czyli Roberto i Zuzler czyli Zuzia. Przede wszystkim po raz pierwszy mogliśmy się zobaczyć tak naprawdę w realu. Z Roberto mieliśmy kontakt wcześniej na eltenie, może też dlatego, że mamy wspólne zainteresowania językami słowiańskimi. Zuzler poznałam i widziałam po raz pierwszy. . I to spotkanie dało nam wiele radości siedzieliśmy jedząc dwie wielkie pizze, i gadało się na różne tematy. Aż na koniec przyszła mnie i Zuzler do głowy myśl, by się nagrać i żeby wszyscy zgadywali kto się spotkał. Trochę to nie wyszło, bo Mikołaj powiedział moje imię, i już wszystko chyba było jasne. Ale i tak przynajmniej ktoś mógł napisać w komentarzach kiedy się zorientowali.
Zuzia żartując, nazwała mikołaja "pan Iwkanowy". A mężowi tak się spodobało to nazwanie pan Iwkanowy, że później prosił mnie zakładając swoje konto na eltenie by to był jego nick. No i tak teraz mamy nowego użytkownika w eltenie o nicku iwkanowy. A mąż śmiejąc się dodał, że jest dumny z tego nicku.
I tak nam czas przeleciał aż chyba do jedenastej w nocy. Szkoda nam się było rozstawać, ale mamy nadzieję, że nie będzie to ostatnia wizyta. A nasz dom jest zawsze dla nich otwarty.
Zapomniałam też dodać, że była i druga przyczyna naszego świętowania. Mikołajowi przedłużono umowę do końca roku. A później ma być na czas nieokreślony.
Mam nadzieję że przedłużą tę umowę
Będę się dopiero naprawdę cieszyć, jak wszystko będzie tak, jak obiecali.
na czas nieokreślony po nowym Roku.
A teraz u Mikołaja w pracy oczekuje się na przyjazd delegacji z Egiptu. Firma, w której Mikołaj pracuje, szuka tam partnerów, by mogli sprzedawać tam generatory.
Nie będę więcej pisać bo to skomplikowana sprawa, a ja nie znam się na tych generatorach.
W każdym razie Mikołaj jedzie do Warszawy na lotnisko razem z inną osobą z tej firmy. Prawdopodobnie w Poznaniu będą pewnie około pierwszej w nocy.
W czasie wolnym chcą zwiedzać Poznań i potem pewnie polskę. A konkretnie interesują ich gospodarstwa agroturystyczne.
Ale zorganizowanie im pobytu w Poznaniu i to tak by byli zadowoleni nie jest takie proste. Bo gdybyśmy chcieli popłynąć statkiem, to już nie możemy, bo tylko są rejsy w czasie wakacji. By zobaczyć najbliższe gospodarstwo agroturystyczne i szczegółowo je obejrzeć też nie jest łatwe, bo w niedzielę jpołączenia są kiepskie, a i nocleg byłby jeszcze droższy jak w hotelu
nie wiem jak to z nimi będzie. To są biznesmeni którzy jak na Egipt są bogaci, mają pieniądze, więc chcą spędzić miło czas i jak najwięcej zobaczyć
Trzymajcie kciuki byśmy to jakoś przetrwali.

Kategorie
A co u nas?

071 Jesteśmmy uratowani

Tytuł mówi wszystko, bo Mikołaj zostaje w pracy. Po różnych komplikacjach, po ponownym pwysyłaniu zaproszeń – delegacja z Egiptu przyjeżdża. A dzisiaj wreszcie przyszła umowa. Jest to pierwsza umowa tylko na dwa miesiące, a od przyszłego roku będzie już umowa na czas nieokreślony.
Z ulgą odetchnęliśmy. Cieszę się teraz, bo to oznacza, że będziemy w Polsce, skąd szczerze mówiąc nie chcemy wyjeżdżać, no może tylko wtedy gdy to będzie związane z pracą.

Mam nadzieję, że wreszcie będziemy mogli się ustabilizować jak ja to nazywam…
No i oczywiście była mała uroczystość, w gronie przyjaciół, która się przeciągnęła do godzin nocnych (bo było już pewnie po jedenastej. A czas tak szybko zleciał, że nawet tego nie zauważyliśmy. Było wspaniale! Ale o tym powiem więcej w następnym wpisie.